Pamiętacie ten moment w „Seksie w wielkim mieście”, kiedy Charlotte dowiedziała się, że jej wagina ma depresję? Trudno się jej (waginie), szczerze mówiąc, dziwić. Zwłaszcza, że sama Charlotte York nie była wobec niej szczególnie łaskawa. W pewnym momencie przyznała przecież, że uważa ją za… zwyczajnie brzydką. Może właśnie dlatego ten serialowy żart został z nami na dłużej, bo pod całą komedią kryje się coś zaskakująco niewygodnego.
Minęło ponad dwadzieścia lat od emisji tego odcinka. Ale czy naprawdę coś się zmieniło w tym, jak traktujemy nasze vulvy? Samo słowo nadal potrafi wywołać lekkie zakłopotanie. Vulva. Srom. Waginy, cipki, „tam na dole”. Mamy cały słownik określeń, ale kiedy przychodzi do zwykłej rozmowy o tej części ciała, nagle robi się jakoś ciszej. A przecież o kobiecym ciele mówimy dziś znacznie swobodniej niż dwadzieścia lat temu. Rozmawiamy o okresie, seksie, menopauzie i hormonach. Kobiety pokazują w mediach społecznościowych ciążę, połóg, blizny, cellulit i rozstępy. Coraz częściej słyszymy o akceptacji, różnorodności i body positivity. Teoretycznie powinnyśmy czuć się naprawdę dobrze w naszym ciele. Teoretycznie Bo wystarczy zejść trochę niżej, a konkretnie między własne uda, żeby uczucie swobody prysło jak bańka mydlana.
Ile kobiet naprawdę zna swoje okolice intymne? Nie chodzi wyłącznie o wiedzę medyczną i sytuacje, w których coś boli, piecze albo nagle zaczynamy googlować objawy w środku nocy. Chodzi o zwykłą znajomość. Czy wiemy, jak wyglądamy? Czy wiemy, co jest dla nas normalne i czy zauważamy zmiany? I wreszcie: czy potrafimy spojrzeć na siebie bez tego pierwszego, automatycznego pytania: „czy ja wyglądam normalnie?” To ostatnie może być najtrudniejsze.
Różne odcienie skóry, różna wielkość, asymetria, różnice w kształcie, ludzkie ciała nie powstają według jednego szablonu. Na szczęście. Wyobraźcie sobie przecież świat, w którym wszystkie kobiety miałyby ten sam kształt ust. Ten sam rozmiar piersi, kolor włosów i dokładnie taką samą waginę. Co za niewiarygodnie nudne miejsce. A jednak tak łatwo uwierzyć, że gdzieś istnieje jeden właściwy wzór, do którego powinnyśmy się porównywać.
Nie. Nie istnieje i być może najbardziej wyzwalającą rzeczą, jaką możemy zrobić dla siebie jest…? Poznanie swojego ciała. Trudno mieć dobrą relację z kimś, kogo właściwie nigdy nie miało się okazji poznać. My, kobiety, naprawdę potrafimy o siebie dbać i to kochamy. Kremy, balsamy, serum, olejki, maseczki, peelingi, szczoteczki, masaże gua sha. Znamy składniki aktywne lepiej niż niektóre osoby znają numery telefonów do swoich bliskich. Wieczorna pielęgnacja? Proszę bardzo. Twarz, ciało, włosy, dłonie, stopy, paznokcie i nagle, kilka centymetrów poniżej linii bioder, kończy się nasza mapa troski. Trochę niesprawiedliwie, prawda?
Zwłaszcza, że okolice intymne nie potrzebują przecież niczego spektakularnego. Nie są rozkapryszoną damą, która wymaga dziesięciu produktów ustawionych w odpowiedniej kolejności. Wręcz przeciwnie. W przypadku higieny i pielęgnacji intymnej bardzo często mniej znaczy więcej. Delikatność, rozsądek i świadomość, że vulva i pochwa to nie to samo. Zewnętrzne okolice intymne możemy delikatnie myć, natomiast pochwa ma własne mechanizmy samooczyszczania i nie wymaga pomocy od środka. I może właśnie tutaj zaczyna się moja ulubiona część całej tej historii.
Kiedy zamiast myśleć o pielęgnacji intymnej jak o czymś wstydliwym, zaczynamy postrzegać ją jako kolejny etap codziennej troski o siebie, nagle wszystko staje się dużo prostsze. Na co dzień pod prysznicem wystarczy delikatna pianka. Po kąpieli, kiedy pojawia się uczucie suchości lub potrzeba dodatkowego nawilżenia, możemy sięgnąć po odpowiedni żel. W sytuacjach, kiedy skóra potrzebuje ukojenia, na przykład po depilacji, sporcie czy po prostu wtedy, kiedy daje nam znać, że ma dość pora wybrać krem łagodzący.
Właśnie taki prosty zestaw oferuje marka LAVU, stworzona przez ginekolożkę, dr n. med. Agnieszkę Nalewczyńską. Bez robienia z kobiecej anatomii rozdmuchanej agendy. Po prostu produkty, które wpisują się w codzienną pielęgnację: pianka do delikatnego mycia zewnętrznych okolic intymnych, żel nawilżający i krem łagodzący, kiedy potrzeba trochę więcej komfortu. Nie potrzebujemy kolejnej dziesięciostopniowej rutyny. Nie potrzebujemy też traktować swojej waginy jak straszydła, które trzeba nieustannie karcić bądź się wstydzić. Charlotte, problem chyba leżał gdzie indziej. Nie ma „brzydkiej waginy”. Bohaterka serialu, jak wiele z nas, patrzyła na swoje ciało z perspektywy, która od początku nie należała do niej. Bo kobiece ciało przez lata było oglądane, oceniane, porównywane i poprawiane tak intensywnie, że czasami trudno oddzielić własną opinię od wszystkich opinii, które słyszałyśmy wcześniej. Może więc największą zmianą nie będzie moment, w którym każda kobieta nagle stanie przed lustrem i zakocha się w każdym centymetrze swojego ciała. Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, czy musimy tego od siebie wymagać, za to możemy zrobić coś znacznie prostszego.
Możemy przestać się siebie wstydzić i lepiej poznać swoje ciało. Możemy wiedzieć, co jest dla nas normalne, a kiedy warto zwrócić uwagę na zmianę i skonsultować ją ze specjalistą. Możemy dbać o komfort całych nas. Włącznie z waginami. I możemy od czasu do czasu wziąć to nieszczęsne lusterko. Nie po to, żeby znaleźć kolejny powód do niezadowolenia. Po prostu po to, żeby powiedzieć sobie: „A więc tak wyglądam. Dobrze wiedzieć.” Może właśnie od tego zaczyna się najbardziej intymna rutyna ze wszystkich. Od chwili, w której przestajemy patrzeć na własne ciało jak na coś obcego. Zdecydowanie za długo wstydziłyśmy się naszych (tutaj użyj ulubionego słowa), które są po prostu… zwyczajnie ładne.