O rozświetlających „różdżkach” od Charlotte Tilbury najgłośniej zrobiło się 3 lata temu po tym, jak Madison Beer użyła jednej z nich podczas filmiku, w którym pokazywała swoje kosmetyki do makijażu. Efekt na jej skórze był tak piękny, że produkt szybko stał się viralem i przez kilka miesięcy ciężko było kupić jakikolwiek z kolorów.
Posiadam wersję Spotlight, która jest idealnie stonowanym szampańskim odcieniem. Zwykle używam go przed przypudrowaniem twarzy, ale gdy czasem zdarzyło mi się o tym zapomnieć i nałożyłam go na ugruntowaną już skórę, nie wpłynął na wygląd ani trwałość pozostałych produktów.
Niezmiennym mankamentem „różdżek” od Charlotte jest ich aplikator, który jest bardzo niehigieniczny. Formuła rozświetlacza bardzo szybko zastyga, przez co trzeba dość szybko z nim pracować. Zwykle wklepuję go palcem po nałożeniu go z opakowania na wierzch dłoni i zasycha na niej na tyle mocno, że aby się go pozbyć nieraz musiałam go szorować podczas mycia rąk. Na szczęście mimo dużej trwałości, produkty do demakijażu radzą sobie z nim bez problemu.
Oprócz higieny, minusem Beauty Light Wand jest ich cena, bo podrożały już na aż 195 zł. Mimo wydajności i gdyby nie fakt, że dostałam go w prezencie, nie zdecydowałabym się na zakup koloru który posiadam, bo jest to zbyt wygórowana kwota jak na płynny rozświetlacz; chociaż chętnie przetestowałabym na swojej skórze Pinkgasm, czyli najpopularniejszy odcień spośród całej siódemki.