Sztyft od Fenty w ostatnim czasie jest jednym z moich ulubieńców do konturowania. Posiada matowe, ale naturalne wykończenie, dzięki czemu nie zostawia płaskiego efektu. Jego konsystencja jest kremowa, dobrze się blenduje zarówno gąbeczką, jak i pędzlem. Jest dobrze napigmentowany, przez co nie ściera się przy rozprowadzaniu go na twarzy, ani nie traci wtedy na kryciu i intensywności koloru. Dostępny jest w bardzo bogatej gamie odcieni, bo do wyboru mamy aż 22 kolory; od bardzo jasnych do bardzo ciemnych i przez ciepłe do zimnych odcieni, tak, by każdy mógł znaleźć dla siebie ten odpowiedni.
Przy jego użytkowaniu zauważyłam jeden mankament. Jeśli nakładacie go bezpośrednio na twarz, tzn. zaznaczacie kontur stickiem na buzi i nie rozblendujecie go od razu, to może zastygać. Im dłużej pozostaje na twarzy niewyblendowany, tym trudniej jest go potem dobrze i równomiernie rozetrzeć. Nie zastyga całkowicie, jednak może sprawić trudności w stworzeniu efektu braku „wyrysowanych linii konturowania” na twarzy i płynnym przejściu między konturowaniem a różem. Osobiście polecam nakładać go najpierw na zewnętrzną część dłoni i dopiero wtedy zaaplikować go na twarz przy użyciu pędzla lub gąbki. Minusem jest także jego cena, bo wynosi ona 139 zł. Nie jest to najtańszy produkt, ale jeśli dobrze dobierzemy swój odcień i technikę jego nakładania, to jest on świetnym wyborem; szczególnie, że jest niesamowicie wydajny.