Nazwałabym go najbardziej basic i bezpiecznym kremem. Nie powinien zrobić krzywdy, ponieważ ma prosty, przyjemny skład, ale nie jest też mocno nawilżający. Jako posiadaczka cery suchej, potrzebuję mocniejszego nawilżenia, więc używam go na serum, bo solo byłby dla mnie za słaby.
Krem ma za zadanie nawilżyć skórę przez 24 godziny. Po użyciu skóra staje się delikatna, gładka i zdrowo wyglądajaca. Łatwo się wchłania, więc nadaje się również pod makijaż. Znajduje się w poręcznym, zgrabnym, białym słoiczku i jest dostępny w opakowaniach o różnej pojemności. Krem jest bezzapachowy, co dla mnie jest na plus. W swoim składzie zawiera ekstrakt Antarticine z mikroorganizmów z morza lodowego, a także Imperata Cylindrica - rośliny, którą można znaleźć na australijskiej pustyni, olej z pestek moreli, olej z awokado, olej ze słodkich migdałów, olej z oliwek (odżywia, regeneruje, nawilża) czy olej z otrębów ryżowych (zmiękcza i wygładza skórę). Poza tym w składzie znajdziemy także mocznik i kolagen. Są to bezpieczne składniki, które nie powinny uczulać. Ufam temu produktowi, póki co nie znalazłam lepszego kremu bez SPF, bo jeszcze nigdy mnie nie zawiódł i nie zapchał mojej skóry, co niestety często mi się zdarza.